Czy Bernabéu powstanie?

Moderator: Moderator

Czy Bernabéu powstanie?

Postprzez ByQ » 2011-03-15, 20:41

[center]Obrazek [/center]
Trzeba nam było Jose Mourinho, aby problemem od lat borykającym Real Madryt ktoś się wreszcie poważnie zainteresował. W końcu jeśli nie Jose Mourinho, to kto?

Przed kluczowym i obciążonym wyjątkowo niewygodnym bagażem historii rewanżem z Olympique Lyon w 1/8 finału Ligi Mistrzów trener Realu Madryt w zdecydowanych słowach sugeruje kibicom, aby wsparli swoją drużynę w tym trudnym momencie poważnego egzaminu. O wsparcie większe niż zazwyczaj proszą również piłkarze Los Merengues. A więc jednak problem jest, a mity mówiące o tym, że na Bernabéu przychodzi się jak do opery, i tam się siedzi, nie wstaje, a dopinguje od wielkiego dzwonu, trzeba odłożyć na półkę z napisem dział marketingu i public relations.

Od momentu powstania Realu Madryt stadion klubu, najpierw legendarne Estadio Chamartín, następnie, od 1947 roku Estadio Santiago Bernabéu, żyło wspaniałym dopingiem kibiców królewskiego klubu. Klimat tamtych czasów można jeszcze odnaleźć na archiwalnych filmach na youtubie, można o nich poczytać w książkach angielskiego dziennikarza od lat mieszkającego w Hiszpanii Phila Balla, bądź u publikującego na tym samym portalu Eduardo Alvareza, wieloletniego kibica Los Blancos, którego pierwsze wizyty przy Concha Espina 1 przypadły na połowę lat osiemdziesiątych.

Wtedy jeszcze stadion żył. Dziś budzi się od czasu do czasu, ryknie może kilka razy w sezonie. W ubiegłym sezonie mówił o tym Cristiano Ronaldo, do tematu w kuluarowych wypowiedziach nawiązywali również inni zawodnicy w białych koszulkach.

Dlaczego więc żywioł madryckiego stadionu zgasł i kiedy to się stało? Obserwatorzy ligi
hiszpańskiej podkreślają tutaj istotę zmian, jakie zaszły w międzynarodowym i hiszpańskim futbolu na początku lat dziewięćdziesiątych.

Przede wszystkim w klubowej piłce nożnej pojawiły się wielkie pieniądze. Wpływ na to miała dobrze rozwijająca się Unia Europejska, prężny i coraz bogatszy, wyposażony w coraz to nowsze technologie nadawcze i odbiorcze rynek telewizyjny (a wraz z nim wszechmocne reklamy i wszechmocni ich zleceniodawcy). Powstała Liga Mistrzów, prawdziwe finansowe Igrzyska naszych czasów. Zarazem świat się kurczył, linie lotnicze zbliżały kontynenty, ludzie się bogacili, mogli więc pozwolić sobie na wycieczki, tym bardziej z uwzględnieniem wizyty na stadionie swojego ulubionego klubu. Najlepiej podczas meczu, rzecz jasna. Ot, taka turystyka piłkarska.

Zmieniały się więc i kluby, z organizacji nastawionych na w miarę spokojne przetrwanie stawały się wielkimi przedsiębiorstwami, międzynarodowymi koncernami wręcz, wydającymi i zarabiającymi gigantyczne pieniądze. I wtedy, wraz ze wzrostem wszystkich wskaźników w każdym rejonie finansowym, kluby postanowiły zmienić/zmodyfikować politykę odnośnie kibiców odwiedzających stadion. Wzrost ruchu turystycznego to raz. Dwa, to wyciągnięcie ręki po klientów zamożniejszych, którzy dotąd stadion odwiedzali mniej licznie. Tak zwanych white-collars.

Od początku istnienia piłka nożna przyciągała z reguły uboższe warstwy społeczeństwa. W końcu to sport dla mas, wystarczy cokolwiek owalnego, cztery kamienie i można grać. Elity bawiły się na meczach tenisa ziemnego, turniejach golfa czy wyścigach konnych. Nawet o rugby mówi się, że jest to brutalny sport dla dżentelmenów, podczas gdy futbol to dżentelmeński sport dla brutali.

A jednak white-collars mieli coÅ›, czego nie mieli blue-collars - mieli kasÄ™
.

Pochodzenie i znaczenie słowa white-collar jest proste i wielu wam znane. To białe kołnierzyki, czyli ludzie, którzy pracują umysłowo. Zgodnie z porządkiem świata zarabiają oni więcej, więc i stać ich na więcej, niż blue-collars - pracowników fizycznych, robotników, polegających bardziej na pracy rąk niż umysłu.

W porównaniu do lat osiemdziesiątych obecne ceny biletów na mecze są i o kilkaset procent wyższe. I inflacja nie ma tu aż takiego wpływu. Uboższe niebieskie kołnierzyki zostały więc wyparte ze stadionów do barów i przed telewizory. Ich miejsce zajęły kołnierzyki białe. Ich stać na droższy bilet
, klubowe gadżety, bagiety w przerwach, napoje, piwa i cały ten kram. Co więcej, często przyjdą z dziećmi, z całą rodziną. Czyli bufet plus gadżet razy liczba członków rodziny. Czysty biznes.

I wszystko byłoby fajnie i sprawnie, gdyby nie jeden istotny fakt. Z reguły, tak zwany umysłowy nie ma zaszczepionej tak żywiołowej, zawziętej kultury kibicowania, jak przychodzący na stadion fizyczny. Ten pierwszy często przychodzi dla wygody i rozrywki, ten drugi na bilet odkłada, a drużyna jest odskocznią od ciężkiej pracy, z nią identyfikuje się mocniej.

Kołnierzyk biały siedzi na stadionie wygodnie, je i pije, czasami klaśnie, czasami zabuczy czy gwizdnie, wstanie wtedy, jak padnie bramka. O ile. Kołnierzyk niebieski dopinguje, przeżywa, śpiewa, ryczy na potęgę wspierając ukochaną drużynę. Oczywiście nie każdy biały i niebieski tak się zachowują, ale tak są przedstawiani, zgodnie ze spostrzeżeniami obserwatorów.

I tu wracamy do mitu o operze, uporczywie powtarzanym przez część komentatorów, dziennikarzy, a za nimi przez co bardziej naiwnych kibiców. Ten mit jest bardzo młody, ma może góra 15 lat i został ukuty na potrzeby "pijaru" i marketingu klubu, przez jakiegoś zmyślnego dyrektora działu sprzedaży lub reklamy, jego pracownika czy pomysłowego dziennikarza.

Przecież "milczenie" (dlaczego słowo to trafiło w cudzysłów, wyjaśnię później) madryckich trybun trzeba było jakoś wytłumaczyć. Padło więc na operę, teatr, dołożono do tego występujących na scenie aktorów - najlepiej galacticos - i mamy śliczne i chwytliwe wytłumaczenie, dlaczego SB wsparcia drużynie wprawdzie od czasu do czasu udziela, ale przed tak ważnymi spotkaniami, jak wczorajsze, trener i zawodnicy drużyny wolą o to wsparcie publicznie poprosić i niejako upewnić się, że ono w ogóle będzie.

* Kwestia "milczenia": tak naprawdę na Estadio Santiago Bernabéu cicho jest bardzo, bardzo rzadko. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi zgromadzonych w jednym miejscu, nie mówiąc nawet o komplecie na trybunach, samą rozmową sprawia, że stadion brzęczy, żyje, pulsuje jak gargantuiczny ul. Charakterystyczny okrzyk zawodu po nieudanej akcji, takie przeciągłe gardłowe "uuyyjch" potrafi przygwoździć do fotela. Sęk w tym, że dopingiem tego nazwać nie sposób, a oddana brygada Ultras Sur na takie arcy-mecze jak z Lyonem to może być zbyt mało.

** Na koniec anegdota: podczas redakcyjnego wyjazdu do Madrytu przed dwoma laty, na meczu z Almeríą, zerwaliśmy się z miejsc już na początku, gdy pierwsza groźna akcja podopiecznych Juande Ramosa ruszyła na bramkę rywali. Po chwili usłyszeliśmy głos Hiszpana siedzącego za nami. W przerwach pomiędzy łuskaniem słonecznika rzucił - Siadajcie, no siadajcie, tutaj wstaje się tylko wtedy, gdy pada bramka. Symboliczne i dość smutne.

Jutro Bernabéu musi powstać i powinno zobaczyć cały mecz na stojąco. W końcu jego piłkarze będą walczyć z rywalem na prostych, mocnych nogach, a nie siedząc i flegmatycznie przeżuwając słonecznik. A tak przy okazji
, czy widzowie opery lub chodzący do teatru żują tam słonecznik, a w przerwach pomiędzy aktami pałaszują bagiety zapijając piwem czy colą? Nie spotkałem.
Avatar użytkownika
ByQ
Legenda drużyny
 
Posty: 1068
Dołączył(a): 2010-09-19, 16:08

Powrót do Sezon 2010/2011

Kto przeglÄ…da forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 3 gości

FC Porto Napoli AC Milan Liga w³oska Pierwszy polski serwis o Gialloblu GenoaPoland
cron